Długo zastanawialiśmy się nad tym dokąd wybrać się w te wakacje. Biorąc pod uwagę, że pieniążków nie mieliśmy najwięcej (złożyło się na to kilka czynników, kupiliśmy trzy aparaty cyfrowe do studio i odremontowaliśmy dom) zdecydowaliśmy się na autostop - czego nigdy wcześniej nie próbowaliśmy. Kierunek północne Włochy.
Początkowo przejazd nie nastręczał dużych trudności. Podróż autostopem przez Niemcy, Austrię i Włochy to nie jest nic trudnego. Ludzie są sympatyczni, pomagają zorientować się w sytuacji, a GPS w komórce pozwala mieć poczucie, że wie się gdzie się jest. 2000 kilometrów przebyliśmy w ciągu 48 godzin właściwie za darmo. Poznaliśmy wielu fajnych ludzi - generalnie jest co wspominać.
Sam kemping docelowy był całkiem nieźle przygotowany, z dość dobrą infrastrukturą, niemniej jednak wydostanie się z tego kempingu bez własnego auta na jakąkolwiek, nawet najmniejszą wycieczkę graniczyło z cudem. Miejscowa ludność była stosunkowo biedna i jednoznacznie nastawiona na drenowanie kieszeni turystów - wielokrotnie udzielając im nieprawdziwych informacji i doprowadzając ich do trudnych sytuacji, które narażały ich na wydatki.
Dalszy rozwój wypadków niestety również nie był po naszej myśli. W trakcie pobytu na dzikiej plaży jakieś trzy kilometrów od miasteczka złapała nas ulewa. To, że my zostaliśmy całkowicie przemoczeni to pół biedy problem w tym, że również zmoczeniu uległ nasz sprzęt fotograficzny i kamera. Aparat D90 udało się odremontować dopiero w domu, a Panasonic nie został zreanimowany już nigdy, straciliśmy też wykonane wcześniej fotki, co było chyba jeszcze bardziej przykre. Na następny raz musimy być lepiej zaopatrzeni w jakieś wodoszczelne worki, czy coś takiego. Sam urlop już do końca był tym incydentem zepsuty. Skwaszone miny mieliśmy, aż do powrotu do Katowic.